Jeśli masz psa, pobyt w lecznicy to tylko kwestia czasu. Twoja wizyta u weterynarza może być zaplanowana w związku ze szczepieniem. Może być nagła z powodu choroby. Może być częsta, jeśli pies cierpi na dolegliwość przewlekłą. Ale może być też Twoim koszmarem, jeśli właściwie tego nie rozegrasz.

W tym poście opowiem Ci, jak wyglądała moja praca z Pokusą w kontekście naszych trudnych wizyt u lekarza. A Piotr Wojtków – trener i behawiorysta psów – podpowie, co zrobić, żeby wizyta u weterynarza nie była dla Ciebie i Twojego psa koszmarem.

Czarny terier u weterynarza

Pierwsze wizyty w klinice weterynaryjnej są zwykle stosunkowo proste. Jeśli pacjent się buntuje, można wziąć go na ręce. Jeśli lekarz nie potrafi dogadać się z maluchem, a opiekun nie potrafi mu w tym pomóc, zwykle pada hasło: „proszę przytrzymać psa”. Właściciel ma przewagę wzrostu i siły nad szczeniakiem. Może je wykorzystać… póki co.

W przypadku czarnego teriera już po kilku miesiącach przewaga siły pojawia się po stronie psa. U właściciela powoduje to często niemoc, frustrację i stres. Jak przytrzymać 40 kg psa do pobrania krwi, który wszystkimi czterema łapami jest na NIE! Jak unieruchomić 50 kg samca, który postanowił wyjść z gabinetu, na widok lekarza zbliżającego się ze strzykawką? Jak okiełznać spanikowane zwierzę, gdy 3 osoby do utrzymania psa to wciąż za mało?

Wizyta u weterynarza może być koszmarem

Moja Pokusa ma 8 lat i nie lubi zabiegów u weta. Gdy tylko pojawia się na horyzoncie konieczność odwiedzenia lecznicy, już robi mi się ciepło. Nigdy nie wiem, jak mój pies zachowa się w gabinecie.

Doświadczenia mam różne. Zdarzało się, że zadowolona wbiegała do gabinetu i na „dzień dobry” wsadzała Panu doktorowi łeb pod pachę :) Były sytuacje, w których potrafiłam poradzić sobie z Pokusą w gabinecie sama. Często nieoceniona była pomoc mojego męża. Ja ogarniałam przód, on tył i wespół zespół jakoś dawaliśmy radę.

Najgorzej wspominam czas przed kryciem. Pobierałam jej krew i wymaz do cytologii 3 lub 4 razy w odstępach kilku dni. Jak na złość termin do krycia miała odległy i trzeba było ponawiać badania. Pokusa miała autentycznie dosyć i pokazywała to na wszelkie znane sobie sposoby: wyrywała się, szarpała, uciekała, wierzgała łapami.

Nie potrafiłam do niej trafić ani po prośbie, ani po groźbie. A jedynym pomysłem na rozwiązanie sytuacji było: „proszę trzymać psa mocniej!” albo „proszę zawołać kogoś do pomocy”.

Momentami 3 osoby do trzymania spanikowanego psa to wciąż było zbyt mało. Każda kolejna wizyta na SGGW była dla nas obu co raz trudniejsza. Wychodziłam z gabinetu zdenerwowana, spocona, fizycznie i psychicznie zmęczona użeraniem się z psem. A w mojej głowie pojawiało się co raz więcej wątpliwości, czy to wszystko w ogóle ma sens.

Każde kolejne negatywne doświadczenie psa w gabinecie owocowało u Pokusy większym spięciem i pobudzeniem. Jej opór narastał z wizyty na wizytę. Jak tylko przekraczała próg przychodni, lekarze wymieniali porozumiewawcze spojrzenia. W korytarzu słychać było szepty: „to ta suka”. To był horror… dla wszystkich!

I chociaż krycie Pokusy przebiegło w stosunkowo przyjaznej atmosferze, a sam akt zapłodnienia okazał się dla niej dużo mniej stresujący niż pobieranie wymazu do badań, to obawa przed powtórką przykrych doświadczeń, skutecznie powstrzymała mnie przed kolejnymi próbami krycia mojej suki.

Nie chciałam przeżywać tego koszmaru jeszcze raz. Ale równocześnie dotarło do mnie, że jeśli schemat naszych wizyt u weterynarza nie zmieni się, z czasem będzie tylko gorzej. To była droga w jedną stronę, a ja bardzo chciałam z niej zawrócić. Problem polegał na tym, że wtedy nie wiedziałam jak.

Trening medyczny

Dużą nadzieję pokładałam w treningu medycznym, który często reklamowany jest jako panaceum na wszelkie zło w gabinecie weterynarza. Przeczytałam, że świetnie sprawdza się w zoo – w przypadku dzikich zwierząt.

„To jest to!” – pomyślałam – „Skoro można w ten sposób poradzić sobie z tygrysem, to tym bardziej z czarnym terierem! W końcu znalazłam rozwiązanie. Potrzebuję tylko dowiedzieć się o tej metodzie więcej”.

Wojtków Szkolenia organizował na ten temat webinar. Zaintrygowała mnie jego nazwa i opis:

„Webinarium dotyczące treningu medycznego jako narzędzia wykorzystywanego w pracy z psami podczas konsultacji behawioralnych. Termin ostatnio bardzo popularny, ale często mylnie używany…”

Brzmiało to inaczej niż opisy, z którymi spotkałam się wcześniej. Zosię i Piotra Wojtków bardzo cenię jako trenerów i behawiorystów. Mam do nich duże zaufanie i bardzo zbliżony punkt widzenia w wielu psich kwestiach. Dlatego, jeśli potrzebuję wiedzieć więcej, sięgam po ich wiedzę i doświadczenie. Tak było i tym razem. Zapisałam się.

Jeśli, podobnie jak ja, interesujesz się zagadnieniem treningu medycznego i masz potrzebę zgłębienia tematu, to polecam Ci obejrzeć nagranie z tego webinaru. Zosia i Piotrek w bardzo przystępny sposób tłumaczą, czym jest i czym nie jest trening kooperacyjny. Pokazują, jak w praktyce wygląda jego stosowanie i w jaki sposób można go wykorzystać.

Jak już sobie ten materiał w głowie poukładałam i przefiltrowałam przez moje potrzeby (a w zasadzie sytuację mojego psa), to trochę mi entuzjazm uleciał.

Trening medyczny to, według mnie, bardzo fajne narzędzie do pracy z psem w domu. Jeśli masz czas i duże pokłady cierpliwości to zabiegi pielęgnacyjne typu czyszczenie uszu, obcinanie pazurów czy wpuszczanie kropli mogą przebiegać w dużo przyjemniejszej atmosferze.

Trening kooperacyjny to także ciekawa technika behawioralna do pracy z psem, żeby wypracować konkretne zachowanie, ale niekoniecznie skuteczne rozwiązanie w przypadku wizyt psa u weterynarza. Bo o ile w przypadku tygrys a lekarz przychodzi do domu pacjenta – miejsca, w którym zwierzę czuje się bezpiecznie i komfortowo, ja z moim czarnym terierem wędruję do lecznicy – miejsca, które samo w sobie źle się psu kojarzy, źle pachnie i w którym obecne są inne zestresowane psy.

W zoo weterynarz jest w 100% dla jednego pacjenta i poświęca mu tyle czasu, ile potrzebuje. Tygrys jest panem sytuacji i nie wyobrażam sobie, żeby lekarz chciał go popędzać. W lecznicy mój pies jest jednym z wielu pacjentów i w związku z tym bywa różnie – zależy od podejścia lekarza i liczby pacjentów na korytarzu.

Z uwagi na powyższe nie zawsze mam możliwość i czas dać mojemu psu wybór, czy dobrowolnie wyrazi zgodę na jakąś czynność, czy też nie. A to jest główne założenie treningu kooperacyjnego – oddanie psu kontroli/danie mu wyboru, dzięki czemu pies czuje się bezpieczniej i „zgadza się” na zabieg.

Zosia podkreślała w czasie webinaru, że jeśli pies nie ma wyboru, nie oszukuj go, że jest inaczej. Bardzo to do mnie przemówiło i po raz kolejny dało mi do myślenia.

Obserwacja psa

Postanowiłam rozłożyć sytuację na czynniki pierwsze, żeby odkryć, w czym rzecz—skąd bierze się opór mojego psa w gabinecie weterynarza? Zrozumiałam, że kiedy poznam przyczynę zachowania Pokusy, będę mogła zacząć szukać rozwiązania.

Szybko wykluczyłam kwestię kontaktu z obcym człowiekiem jako czynnik wyzwalający opór u mojego czarnego teriera. To bardzo otwarty pies, który wręcz doprasza się o kontakt. Zauważyłam natomiast, że Pokusa bardzo źle reaguje na jakiekolwiek próby „siłowych rozwiązań”. Gdy tylko próbuje ją przytrzymać, ona się wyrywa. Gdy pociągnę ją w lewo, ona z automatu ciągnie w prawo. Ja ją uspokajam, ona się jeszcze bardziej nakręca.

Momentalnie przypomniała mi się sytuacja u weta, kiedy Pokusa miała zdejmowane szwy po zabiegu. Gdy leżała na boku trzymana przez 2 osoby, a weterynarz usiłował utrafić nożyczkami w szew do przecięcia, Pokusa była bardzo zdenerwowana. Poruszała się przy każdym, najdelikatniejszym nawet dotknięciu.

Czy leżący na boku czarny terier, przytrzymywany przez 2 osoby, może się w dalszym ciągu dynamicznie poruszać? Uwierz mi na słowo. MOŻE! Podobnie jak siedzący na tyłku czarny terier, potrafi przejechać z jednego końca pokoju na drugi i słowa nie możesz mu powiedzieć, bo on ciągle „siedzi”. Ale to już inna kwestia.

Zdejmowanie szwów przedłużało się, bo lekarz celował do ruchomego obiektu. W miarę upływu czasu pies był coraz bardziej zdenerwowany i zdeterminowany do opuszczenia gabinetu. Wszyscy się wtedy nieźle umordowaliśmy.

A teraz analogiczna sytuacja, ale suka stała swobodnie — lekko przytrzymana za obrożę. Weterynarz do niej zaćwierkał, dał coś do paszczy, gładził ją po boku, a potem nie wiadomo, kiedy zdjął 1 lub 2 szwy z brzucha. Potem przerwa, odwrócenie uwagi pacjenta i na zasadzie „patrz, jaki tam ptaszek leci” Pokusa miała błyskawicznie zdjęte szwy. Cały czas merdała ogonem, była zadowolona i co jakiś czas tylko sprawdzała „A co Ty mi tam robisz? Aaa ok. Nic takiego”.

Podobnie było przy pobieraniu krwi. Gdy trafiałyśmy na lekarza, który najpierw się z nią zakumplował, a potem na spokojnie zrobił swoje, było łatwiej. Gdy z marszu brał się do akcji, a wszelkie próby jej protestu kończyły się stwierdzeniem „proszę trzymać psa mocniej”, „proszę zawołać kogoś do pomocy” albo zbieg się przedłużał, bo np. lekarz nie mógł znaleźć żyły, z każdą minutą opór psa był coraz większy.

Kolejna rzecz, na którą zwróciłam uwagę, to fakt, że Pokusa nie lubi dotykania łap— zabiera je, chowa pod siebie albo próbuje odejść.

Nauka pomocnych komend

Mając te informacje, skupiłam się na nauce komend, które pomogą mi ją kontrolować w gabinecie, a równocześnie ograniczą konieczność stosowania przeze mnie rozwiązań siłowych.

Wykombinowałam, że gdy będzie mniej siły z mojej strony, to równocześnie zmniejszy się jej opór. Za przydatne uznałam podstawowe komendy typu: siad, waruj, babacha (kładzenie się psa na boku), stój.

Wyobrażam sobie, co teraz myślisz: „No brawo Patrycja! To dopiero Amerykę odkryłaś. To Ty dziewczyno nie wiedziałaś, że psa trzeba podstawowych komend nauczyć? Czarne teriery hodujesz, posty na blogu wypisujesz, a najprostszej rzeczy nie wiesz? Psa trzeba wychować!”

I ja to wiem :) Bo widzisz, problem w przypadku Pokusy nie polegał na tym, że ona tych komend nie znała. Ona je świetnie ogarnęła w wieku 4 miesięcy. Kłopot w tym, że nie zawsze chciała je wykonywać. A po przekroczeniu pewnego progu ekscytacji, nawiązanie z nią logicznego kontaktu było niemożliwe. Traciła słuch, a jej umysł był jakby w innym, nieosiągalnym dla mnie wymiarze.

Akcja reedukacja

To chyba najlepsze określenie na nasz proces „szlifowania komend”. Każdą komendę najpierw ćwiczyłam w domu, potem na spacerze, stopniowo zmieniałam miejsca. Wszystko po to, żeby pies wykonywał polecenia wszędzie, w różnych warunkach, a nie tylko, gdy był w domu lub miejscu, gdzie nic się akurat nie działo.

Uczyłam ją dotykania łap. W następnej kolejności trzymania łap. Potem to samo z udziałem innych członków rodziny, osób znajomych, a na końcu obcych.

Ja z kolei uczyłam się, co uruchamia lawinę emocji u mojego psa. Jak pomóc Pokusie w chwili, gdy emocje zaczynają narastać. Jak swoim zachowaniem nie dokładać jej do pieca. A przede wszystkim wyczuć zbliżający się punkt krytyczny i starać się do niego nie dopuszczać. Wiedziałam już, że po jego przekroczeniu to emocje przejmowały nad psem kontrolę. Miałam świadomość, że w tym momencie nie ma takiej komendy na świecie, którą mój pies wykona. Bo po prostu nie jest w stanie.

Co nam to dało

Problem nie zniknął. Pokusa nie lubi wizyt u weterynarza. Do tego jest psem bardzo wrażliwym. Błyskawicznie reaguje na otoczenie. Jeśli w lecznicy jest zamęt, emocje jej się udzielają. Jeśli ja się zdenerwuje, emocje jej się udzielają. Jeśli wet się zdenerwuje, emocje jej się udzielają. Jeśli zabieg się przedłuża, jej niezadowolenie rośnie. Ale jest nam w lecznicy dużo łatwiej. Wspomagam się komendami. Wiem, co jej nie pomaga. Bywa nerwowo, ale na szczęście dramaty mamy już za sobą.

Mam nadzieję, że moja historia zainspiruje Cię to pracy z Twoim psem. Wierzę, że nie masz ochoty przeżywać podobnych doświadczeń w gabinecie weterynarza. Mam jednak świadomość, że podobne zachowania psów mogą mieć różne przyczyny. A to, co pomaga mojemu psu, niekoniecznie może być skuteczne w przypadku Twojego.

Poprosiłam zatem Piotra Wojtków, który na co dzień nie tylko pracuje z psami jako trenera i behawiorysta, ale kształci także w Wojtków Szkolenia przyszłych trenerów i behawiorystów do pracy w zawodzie, żeby pomógł mi przybliżyć Ci ten temat nieco szerzej. Nie tylko z perspektywy Pokusy, ale psiej, czyli bardziej ogólnej.

Skąd biorą się problematyczne zachowania psa u weterynarza

Warto uwzględnić kilka czynników, wybrałem 3 według mnie najważniejsze. Pierwsza kwestia to wrodzona wrażliwość. Każdy pies rodzi się z pewnymi predyspozycjami. Niektóre psy mogą być bardziej podatne na wrażliwość dźwiękową, inne na kontakt z obcymi ludźmi, a jeszcze inne na ograniczenia. Jeżeli mamy psa, który jest wrażliwy na ograniczenia i na kontakt z obcymi osobami to potencjalnie jest bardziej narażony na pojawienie się problemów podczas zabiegów w gabinecie weterynaryjnym.

Drugi czynnik to doświadczenia. Jeżeli pies przeżyje chorobę, która wymaga bolesnego leczenia, to ilość złych skojarzeń z lekarzem weterynarii może być duża. Z czasem mogą się obniżać progi reakcji. Oznacza to, że pies szybciej będzie reagował strachem, a czasem walką. Na doświadczenia nie zawsze mamy wpływ, ale są sytuacje, gdzie intencjonalnie karcimy psa, gdy np. warknie podczas zabiegów. Takie działania mogą prowadzić do uwrażliwienia.

Ostatni element to ogólny nastrój psa. Gdy pies ma dobre samopoczucie, poziom serotoniny uwalnianej w jego organizmie jest optymalny. To z kolei wpływa na wrażliwość. Jednym z objawów obniżonego poziomu serotoniny może być większa wrażliwość np. na dotyk.

Co zrobić, żeby wizyta u weterynarza była dla Twojego czarnego teriera łatwiejsza

Warto trenować z wykorzystaniem zasad treningu kooperacyjnego, o którym pisałaś. Poprzez oddanie psu kontroli i aranżowanie sesji nie koniecznie dojdziemy do tego, że pies będzie nam wystawiał łapę do pobrania krwi (aczkolwiek i do takich efektów udało nam się doprowadzić naszych podopiecznych), ale przede wszystkim będziemy podnosili progi reakcji. Oznacza to, że pies będzie czuł się bezpieczniej, bardziej komfortowo i później nie będzie reagował strachem czy walką.

Druga kwestia to dobre doświadczenia. Warto znaleźć na naszego czernysza mały, najlepiej kameralny gabinet ze świadomym lekarzem. Jak sama napisałaś, Wasz lek. wet. jest cierpliwy, ciepły dla Pokusy. To jest kluczowe. Dobrze, aby pies z wizytami w takim miejscu miał dużo dobrych doświadczeń. Ja swoje psy zabieram do takich miejsc, nawet gdy nie są chore. Czasem celem takich wizyt jest właśnie zbieranie dobrych doświadczeń. To kolejna rzecz, która może pomóc w podniesieniu progów reakcji.

Zapamiętaj!

Wizyta czarnego teriera u weterynarza może być koszmarem, jeśli:

  • nie przygotujesz do niej psa,
  • Twoim jedynym argumentem w gabinecie będzie siła,
  • nie zrozumiesz, jak możesz pomóc psu w trudnej dla niego sytuacji.

Teraz Ty!

  • Pobierz Kartę obserwacji Twojego psa – darmowy plik PDF, który stworzyliśmy z Piotrem, żeby pomóc Ci odkryć przyczyny problematycznych zachowań Twojego psa u weterynarza. Dołączyliśmy również Listę pomocnych komend wraz z propozycją ich zastosowania i instrukcją Piotra, jak ich nauczyć psa.

Podaj dalej

  • Podobał Ci się tekst? Podaj go dalej. Niech Twoi znajomi też mają coś z życia ;)