Zdarzyła Ci się kiedyś taka sytuacja, że bardzo chcesz kupić psa. Przeglądasz internet. Rozmawiasz z hodowcami. Analizujesz rodowody potencjalnych rodziców Twojego szczeniaka. Starasz się dokonać, jak najlepszego wyboru i w końcu JEST. Twój wymarzony i wyczekany czarny terier. Wygląda jak z obrazka. Jest uosobieniem wszystkiego, na czym Ci zależało. Miesiące mijają, szczeniak rośnie, a Twoja bajka stopniowo zamienia się w koszmar. Maluch zaczyna chorować, a problemy zdrowotne, które miały być przejściowe, stają się chroniczne. Mijają kolejne miesiące intensywnego leczenia. Kolejne tysiące znikają z Twojego konta. Orientujesz się, że jedyne co możesz zrobić, to ograniczyć straty. Nie ma szansy na to, żeby było jak w Twojej wymarzonej bajce. Jest szansa na to, żeby było w miarę ok.

Zdarzyła Ci się kiedyś taka sytuacja? Mnie się zdarzyła. Jeśli masz chwilę, to szybko Ci ją opowiem.

Na mojego kolejnego psa czekałam niemal rok. Zależało mi na wysokiej klasie psie, który rodowodem pasowałby do suk z Willa Taira. Chciałam pozyskać do hodowli reproduktora, który utrwaliłby pożądany przeze mnie typ teriera i z którym mogłabym z sukcesem powalczyć na wystawach. Zakresem poszukiwań objęłam nie tylko Rosję w całej jej rozciągłości, ale i Europę. To już niemal tradycja, że gdy czegoś bardzo chcesz, zawsze coś stanie na drodze. Tak było i w tym przypadku. Kiedy udało mi się znaleźć jakieś ciekawe skojarzenie, to albo krycie było puste, albo rodziły się same dziewczynki, albo też wszystkie najlepsze szczenięta były już zamówione. Niewiele brakowało, a sprowadziłabym psa, niemal spod chińskiej granicy. Odległość i koszty transportu kosmiczne, ale jak zobaczyłam pewnego młodego psa, to z miejsca się zakochałam. Pieniądze nie były już wtedy takie ważne. Niestety w ostatniej chwili z bólem serca musiałam zrezygnować. Po wielomiesięcznych poszukiwaniach, gdy już prawie zwątpiłam, że uda mi się sprowadzić psa, postanowiłam wrócić do źródła. Czasem najprostsze pomysły są najlepsze, ale też najtrudniej na nie wpaść. Podzieliłam się swoimi troskami ze Svetlaną Zolotovą, od której miałam Igruna Vasiliy’a. Svieta obiecała, że pomoże i znajdzie dla mnie szczenię, które spełni moje oczekiwania. 

Dnia 20.01.2007 urodził się w odległym Uljanovsku długo wyczekiwany Ja Pobeditel s Zolotogo Grada. Ja Pobeditel brzmiało dumnie, ale w domu było zupełnie niepraktyczne. I tak na użytek domowy mały został ochrzczony Tytanem. Szczenię wyglądało bardzo ładnie. Było zdrowe, wesołe. Nic nie zapowiadało dramatu.

Tytan rozwijał się błyskawicznie. Rósł niemal w oczach. W wieku pół roku jego organizm nie wytrzymał tego szaleńczego tempa. Proporcje rozjechały się psu totalnie. Tyłek był wyraźnie wyżej kłębu. A szaleńczy wzrost w górę spowodował, że korpus zrobił się wąziutki, jak karteczka. Niestety nie ma tu za grosz przesady. Front zrobił się tak wąski, że między przednie łapy można było wsadzić 1 (słownie: jeden) palec pod klatkę. Na więcej nie było miejsca. W lędźwiach był szerszy niż w łopatkach i automatycznie tył zrobił się szerszy od przodu. Z powodu braku klatki łokcie wpadły psu do środka, powodując, że przednie łapy wykrzywiły się na boki. Pies okulał na przód i tył. Ogólnie rzecz mówiąc, był obrazem nędzy i rozpaczy. Patrzyłam na jego cudne zdjęcia z dzieciństwa i nie mogłam uwierzyć, że to to samo zwierzę. Zapakowałam tę kupkę nieszczęścia do samochodu i zawiozłam do specjalisty. Diagnoza brzmiała: młodzieńcze zapalenie kości i zaburzenia w rozwoju. Trzeba było ustabilizować sytuację i spowolnić zbyt dynamiczny wzrost. Lekarz uprzedził mnie, że proces wzrostu Tytana będzie w związku z tym długotrwały, ale dzięki temu jest szansa wyjść na prostą i nie popsuć jego anatomii. Na początek specjalna dieta, zero ruchu, poza krótkimi spacerami na smyczy i regularne wizyty w klinice celem podania leków.

Niemożność wytracenia energii przez mojego małego szaleńca i brak ciekawego zajęcia, szybko odbiła się na kondycji mieszkania. Tytan, pieszczotliwie zwany Tasiem, okazał się bardzo pomysłowym szczeniaczkiem. Miał na swoim koncie wiele dokonań, a jego przewód pokarmowy był wręcz pancerny. Udało mu się zjeść 1kg surowego ryżu, wypić 2 litry mleka z kartonów, zjeść szafę, zdemolować łóżko, poprzestawiać meble, skonsumować 2 piloty od tv i dvd, przesłuchać kilka płyt, przeczytać niezliczoną ilość książek i czasopism, zjeść kilka par butów, włamać się do szafy z workiem karmy i najeść się tak, że kłaki stanęły mu dęba, zjeść komórkę, wyrwać kable ze ściany, wylać litr czerwonego barszczu z kartonu na nowy, jasny dywan (potem chyba chciał naprawić sprawę, bo dorwał się do soli i zasypał nią całe mieszkanie)… Może na tym poprzestanę, bo wyliczać mogłabym jeszcze długo! 

Gdy po kilku miesiącach uporałam się z nawracającymi kulawiznami, Tytan na powrót mógł się cieszyć zabawami w gronie swoich rówieśników. Nie trwało to jednak długo, gdyż pojawił się kolejny problem. Powtarzające się biegunki, wymioty, gorączka. Ponownie wylądowaliśmy u weterynarza. Diagnoza brzmiała: salmonella. Pan doktor był nieco zdziwiony, bo ponoć rzadko zdarza się ta przypadłość psom. Jednak mój pies po raz kolejny okazał się „wyjątkowy” i by nie pozarażać innych psów, następne tygodnie spędził na smyczy. 

Po salmonelli przyszła kolej na nawracające kulawizny przednich łap, które związane były ze wzrostem psa. Weterynarz był pod wrażeniem, że pies w wieku 2 lat nadal miał takie problemy. To się przecież w tym wieku rzadko zdarza. I znowu biedny Tasiek trafił na smycz z zakazem biegania. Serce nam się krajało, ale jak mus to mus.

Po wielu miesiącach leczenia przód Tytana znów był szerszy od tyłu. Mimo to, jego klatka piersiowa nie wróciła do właściwych proporcji, co z kolei powodowało złe ustawienie przednich łap. Patrząc na psa od przodu, wyglądało, jakby miał krzywe, przednie łapy. I choć po przebytych kulawiznach nie było śladu, a pies poruszał się swobodnie. Jasne dla mnie było, że o pokazywaniu psa na wystawach mogę zapomnieć, że o uprawnieniach hodowlanych nie wspomnę.

Ograniczenie socjalizacji i kontaktu z innymi psami wpłynęło znacząco na zachowanie Tytana. Wspólne spacery były upiorne. Oboje wracaliśmy z nich wykończeni wzajemną przepychanką. Na widok innego psa na horyzoncie wpadał w taki szał radości, że nie można go było w żaden sposób opanować. Do tego urządzał dziki jazgot, że cała ulica słyszała, jak Tytanek wita się z nowym kumplem. A że nie każdy pies miał ochotę na takie powitania, bywało różnie. Najczęściej z wyprzedzeniem rozglądałam się za jakąś „kotwicą”, żeby móc jakoś przeczekać przechodzącego psa. Momentami bywało wręcz niebezpiecznie. Kilka razy przeciągnął mnie po ziemi. W domu nie było lepiej. Tytan był psem szalenie inteligentnym i niezwykle żywiołowym Pies skutecznie wykorzystał wielomiesięczną taryfę ulgową i patrzenie przez palce na jego wybryki. Zawsze był w moich oczach taki biedny, delikatny. Ciągle trzeba było na niego uważać. Skupiona na walce o jego zdrowie, zupełnie zaniedbałam kwestie pracy z psem. Zupełnie nie zauważyłam, kiedy mój terier wyrósł na potężnego samca, skutecznie wlazł mi na głowę i ani myślał z niej zejść. Wtedy żarty się skończyły. Zaczęła się wielotygodniowa, mozolna praca. Momentami było naprawdę ciężko. Pies straszył warczeniem i kłapał zębami. Parę razy nie obyło się bez ostrej konfrontacji. W bezpośrednim kontakcie nieraz mnie ostro przestraszył. Mimo to nie poddałam się i po wielu tygodniach konsekwentnych ćwiczeń w końcu się dogadaliśmy. Tytan, choć momentami bywał trudny, na co dzień był bardzo pogodnym i chętnym do zabawy psem. Przykleił się do mnie i męża niczym mała pępowina i widać było, że byliśmy całym jego światem. Nasz pies był ogromnym pieszczochem, który nie zdawał sobie sprawy, że gabarytami mógłby robić za małego źrebaka. Zadowolony, zapluty, gotowy do wariackich szaleństw.

A teraz finał tej “bajki”. Tytan był ze mną 6 lat. To było 6 lat ciągłej walki o jego zdrowie z krótkimi przerwami, kiedy było względnie dobrze. Problemy z układem kostnym nawracały. Jego stan pogorszył się na tyle, że konieczne stało się codzienne podawanie leków przeciwzapalnych / przeciwbólowych. Nasze spacery ograniczały się do dyżurnego kółka wokół domu. Każda próba odstawienia leków zawsze kończyła się tak samo. Pies ledwo chodził. Wieloletnie podawanie leków zrujnowało mu zdrowie. Tytan gasł fizycznie i psychicznie. A gdy oboje doszliśmy do ściany, z ogromnym bólem serca podjęłam decyzję, której wolałabym nigdy nie podejmować. Gdyby tylko była nadzieja, że będzie lepiej… ale jej nie było.

Po co opowiedziałam Ci tę historię? Żeby Ci pokazać, że kupując szczenię, nie jesteś w stanie przewidzieć wszystkiego i zabezpieczyć się przed wszystkimi problemami. Rodzice mogą być przebadani pod kątem różnych chorób, ale to dalej nie daje gwarancji, że nie pojawią się inne. Ani hodowca, ani kupujący nie ma czarodziejskiej kuli, żeby zajrzeć w przyszłość wybranego szczeniaka. Kupując szczenię, warto dobrze wybrać hodowcę. Jeśli zabraknie Ci szczęścia i trafi Ci się chory pies, taki hodowca nie zostawi Cię z problemem. Wsparcie w trudnych momentach i pomoc doświadczonej osoby sprawią, że stresu będzie mniej. Nie będziesz metodą prób i błędów szukać rozwiązań swoich problemów.  Nie będziesz tracić pieniędzy, eksperymentując na swoim psie.  

Po odejściu Tytana, wiele razy zastanawiałam się, czy mogłam coś zrobić inaczej. Czy mogłam postąpić lepiej? I jedno o czym wtedy nie pomyślałam, a z perspektywy czasu wydaje mi się to być bardzo ważne. To fakt, że chory pies to dalej pies. Niby banał, a jednak tak się skupiłam na walce o zdrowie Tytana, że o tym po prostu nie myślałam. Chory pies ma swoje potrzeby dokładnie takie same jak pies zdrowy. Niezaspokojone potrzeby Twojego psa generują jego frustrację, którą zwierzę rozładowuje tak, jak potrafi. A chory, inteligentny i znudzony pies to już przepis na katastrofę. 

Kiedy plan A, B i C zawiódł, miałam ochotę rzucić tę całą hodowlę w cholerę. Skoro nic nie wychodzi, to może nie warto w to dalej brnąć. I jak już sobie odpuściłam dalsze plany, wtedy los się do mnie uśmiechnął. Wszystko się ułożyło ot, tak, a pokusa posiadania kolejnego czarnego teriera zwyciężyła. 

Chcesz poznać moją Pokusę?